poniedziałek, 14 marca 2011

Wiosna, panie sierżancie!

Mości sierżanci i inni czytający, nie do wiary, niebywałe i nie do wiadra: przyszła wiosna, najbardziej wyczekiwana gwiazda tego roku (przynajmniej do lata). Przyszła, momentalnie rozpanoszyła swoje sukienki, tu i ówdzie zadzierając je zalotnie do góry i ukazując nózie w formie bazi, czy innego kwiecia usilnie przebijającego się przez poszycie, to pierwsze, od spodu, którego nazwy sobie nie przypomnę, nawet nie będę usiłować (cóż, że Google, bazuję na pierwocinach mojego umysłu, tu i teraz). Ludzie niczym stada orek wyrzucanych na brzeg przez ocean, wylegli z domostw, mieszkań i szkół (nie wliczać wszelkiego rodzaju galerii - pracownicy nadal są w nich przetrzymywani przez hordy dzikich klientopirów, którzy na widok słońca tracą wszelkie właściwości wysączania satysfakcji z dręczenia tychże pracowników) na chodniki, spacerowniki, deptaki, bulwary i ulice. Do łask w trybie natychmiastowym powracają miłośnicy uciech aktywnych (vide, spójrz na krakowskie bulwary: masy biegaczy, roweraczy, rolerkarzy i podobnych). I wszystko byłoby pięknie i takie, że ojej, aż żyć się chce, gdyby nie siniaki na łydkach pani wiosny. A siniaki to ohydne i doprawdy fuj, a najgorsze to, że zadane przez nas samych. Miałam ostatnio okazję wybrać się do Wieliczki (szaleństwo, spędziłam jakieś 10 minut w pociągu, zdążyłam się podniecić i zniechęcić – widok z okien mnie dobił). Na pierwszy rzut oka: gdzie sięga wzrok, tam pięknie, słonecznie i już niemal, już, już, widać te malutkie, ociupinki kwiatków i chwastów, twarz się rozszerza, źrenice dla towarzystwa również i wtem – bęc! – spojrzenie za okno poza nasyp torowisk – bęc, bęc! Triple bęc!! – i się wierzyć nie chce. Butelki, papiery, opakowania, złotka, sreberka, brudy, szmaty, materace – po prostu syf. Dziś jadąc przez Bieżanów – to samo. Seria „bęców”. Może to jakiś wirus, którym się zaraziłam, ale gdzie nie spojrzałam za okno, tam widziałam tylko brud i śmieci. Poczułam obrzydzenie do nas samych, do wszystkich w autobusie, do siebie również, że nie stać nas na gest, na to, żeby wysiąść z autobusu, złapać za worek i zacząć sprzątać. Do września jeszcze daleko, Pani Wiosna pójdzie poobijana w siną dal i nie wróci prędko za rok! To smutne. Po prostu, smutne. Dlatego dziś Bzorro nie na wesoło. I nie zakończy żadną pointą, czy morałem. Dziś tylko próbuje dać do myślenia.

sobota, 19 lutego 2011

Jak wytresować smoka, czyli walka na wiatraki.

Są na tym świecie stworzenia, których nie sposób oswoić i wytresować. Gazprom, Enion, Tauron...brzmią niemal jak imiona jeźdźców apokalipsy (czwartemu daję kartę in blanco, pewnie dopisze się sam za jakiś czas). Największą frajdą z ich ramienia są faktury przysyłane co pół roku do każdego szanującego się domostwa. Stado dzikich i nieokiełznanych liczb, wyciągniętych dodatkowo z kolokwialnej dupy. Cóż, karmimy się prądem, to mamy sami za swoje, ale czy na pewno? Nic to, czas nam pokaże co dalej wyniknie z walki z tym wiatrakiem, a imię jemu 3372,49 zł. Ta oto malownicza kwota przywędrowała sobie do nas w miniony czwartek ukryta w rachunku. Alleluja zabrzmiały trąby niebiańskie i ziemia się rozstąpiła pod nogami bzorra, które o rachunku usłyszało w pracy dzięki kolejnemu narzędziu zbrodni - telefonii komórkowej. Włączyła mi się taka martwota, że na przerwie siedziałam aż 40 minut, co potem odrobiłam skwapliwie. Wieczorna burza mózgów (mój odpadł w przedbiegach, sprawiałam wrażenie żółwia wpatrzonego w szkło akwarium) doprowadziła do wniosku: Sylwu i Pablo pójdą walczyć na miecze do gniazda smoka. Stamtąd nikt jeszcze nie wrócił żywy! tak głosi legenda, ale przecież, pewien znany pisarz wieści nam, iż tworzymy własną legendę i żywimy się duchem wewnętrznym, którego siła rozpiera nasze łokcie! czy coś w ten deseń. O kim mówię, ha! każdy wie. Wszak to ulubieniec empikowców (i wtem wszyscy słyszą głosy: "przepraszam, gdzie leży Koczello?" -> znany bywa też jako Polo Koczi). W każdym bądź razie, sytuacja się nam nie uśmiecha, nie robi przysiadów, ani innych figur geometrycznych. Symboliczna śliwka w kompocie, tylko bez śliwki i bez kompotu. Pestka. Ni to zjeść, ni wyrzucić. Jedno jest pewne, imię naszego smoka zrobiło na wszystkich wrażenie, ponoć niektórzy rozmawiają o tym w domach. I dobrze, dziękujemy za wsparcie! następnym krokiem będą puszki przy kasie w empiku. Zrobimy jakąś markową nalepkę i będziemy zbierać na prąd. Albo na zbroję, co by ustrzec się na przyszłość przed innymi zmorami. Cdn. Definitywnie, jak pestka w szklance!

środa, 10 listopada 2010

bzorro empikowe part II, nieostatnie bankowo

oto kilka historyjek wprost z krainy przeklętej sprzedaży, lub jak mawia Serosław: ze świątyni handlu detalicznego!
jako, że jutro ustawowo wszystko jest zamknięte, ludzie postanowili zrobić zapasy do schronu na owy, zapowiedziany przecież, koniec świata. Stąd szaleńcze tłumy objawiły się naszym oczom praktycznie od rana. No i miałam dziś 9 przemiłych godzin i jeszcze do tego tylko 5,3h snu, co dla mnie jest za mało na taką pracę. I tak oto, parę krótkich epizodów.

- dzień dobry, może w czymś pomóc?
- szukam rockmanna - odpowiedziała miła klientka, w wieku ok. 40 lat. Bez problemu zaprowadziłam ją do dostawki, na której znajdowało się jakieś 100 szt owej książki, po czym pani mówi:
-uuu, szkoda, że taka droga, no ale dobrze, biorę ją
-a dać pani siateczkę? - spytałam automatycznie, klientka popatrzyła na mnie nieco dziwnie, po czym się poprawiłam - znaczy się, pomóc w czymś jeszcze???!!

Klienci przy regale z książkami z działu hobby. Przeglądali jakiś album, nawet nie pamiętam jaki, ani nie pamiętam czego tyczyła się moja pomoc. Oddając książkę, po udzieleniu właściwej odpowiedzi powiedziałam: "można wziąć kartę"....i znów automat kasowy. mózg mi chyba obumiera.


Dokładałam jakieś płyty na regał i zrobiłam automatycznie krok do tyłu. Kątem oka zobaczyłam długie włosy i makijaż: przepraszam panią! pana? yyy przepraszam pana!
i zwiałam.

Mój kierownik rozmawia z Serosławem (moim szefem sekcji): Karolina dziś rano bardzo ciężko pracowała. na co ja wcięłam się w rozmowę: "nieprawda! wcale nie!". Ich miny doprawdy były bezcenne. A prawda jest taka, że miałam wrażenie, że wszystko robię w spowolnionym tempie i wszyscy to widzą i myślałam, że kierownik se żartuje...

Rozmawiam w info z kierownikiem, tuż po powrocie z saturna, gdzie dotowarowałam nasz sklep (no comment!). jako, że się przebrałam, zmieniłam też obuwie na nieco inne, w którym dawno nie chodziłam i przyniosłam po upraniu mokre i zawinęłam w reklamówce i się mu lekko zaśmierdło. No i było czuć. I rozmawiam, rozmawiam i w pewnym momencie: Boże, jak mi buty śmierdzą!. na co kierownik: no tak czułem, ale nie wiedziałem, czy to Ty, czy ktoś inny!

potem spotkanie z Sylwią pod psychologią:
- ale mi buty śmierdzą
- a ja myślałam, że to wykładzina!
no i poszłam definitywnie je przebrać na kozaki...


life is funny. zwłaszcza w takim miejscu. grunt, to widzieć plusy :)

poniedziałek, 8 listopada 2010

bzorro i praca

mamy w pracy pewne stanowisko, które zwie się dyrygentem. każdy z nas obejmuje je codziennie, bądź w wyznaczonych dniach. z czerwoną smyczą na szyi, chodzimy po salonie i zagadujemy ludzi, czy w czymś pomóc. musimy to robić, bo za to jesteśmy oceniani. Nic innego nam wtedy robić nie wolno. i tak oto dziś:
- dzień dobry, może w czymś pomóc?
- pomóc? niee, mi już nie można pomóc

los człowieka, tylko on może nas tak dobić

środa, 21 lipca 2010

wsi spokojna, wsi wesoła - czyli jak Bzorro przyciąga kataklizmy

Ahoj tam na morzach i oceanach! czy Wasze łódki cumują głęboko i mocno? bo oto zbliża się kolejny sztorm, gdyż Bzorro dzielnie kroczy przez życie i nawet wychodzi z domu! a wtedy to już słychać przewracające się drzewa i takie tam (dobra, sama nie wiem, co ma drzewo do morza i wody, ale nieważne).
Ja jak to ja - bez perypetii się nie obędzie. Dlatego też jakieś niecałe dwa tygodnie temu wybrałam się do domu. Aura znów nie sprzyjała i miałam olbrzymią ochotę stchórzyć i najlepiej zamieszkać w jakimś hipermarkecie na dziale mrożonek (ciekawe, czy by zauważyli, jakbym zaczęła udawać jakąś rybę, może flądrę? inne propozycje chętnie przyjmę, gdyż leci druga fala upałów, a kreatywnym trzeba być!). Nie sprzyjały też inne rzeczy, typu: pks, pkp i inne środki lokomocji. Z chęcią bym się przetransportowała tak po prostu, ale jak się nie da, to się nie da. Wobec tego pozostał mi pks, na który musiałam wybiec wcześniej z pracy (wielkie podziękowania dla wspaniałych kierowników multi i muzy/filmu, którzy i tak pewnie nawet ich nie zobaczą, ha!). Zapłaciłam astronomiczną cenę 27 zł za bilet i wsiadłam do autobusu z prawie klimatyzacją. Prawie oznacza, że nie spłynęłam i przeżyłam ten niemal 3godzinny kurs. Jednakże i tak miałam wrażenie, że kleję się do wszystkiego, do siedzenia, do oparcia, do zasłon w oknach, nawet sama do siebie bym się przykleiła, gdyby się dało. Ale pal sześć. Jakimś cudem dotarłam, z pęcherzem przyklejonym już chyba do przepony. Mieli po mnie wyjechać rodzice, ale tradycyjnie się spóźnili, gdyż była kolejka na CPNie. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że po tym jak wsiadłam do samochodu, to ów sprzęt uparł się, że mnie nie zawiezie! no nie odpali i już. Po prostu się zepsuł! Było coś przed 19 i silnik krztusił się, dusił i zdychał wielokrotnie. Zaczęliśmy główkować, kto może po nas przyjechać i sholować auto? Siostra gdzieś nad wodą z kuzynką, brat na imprezie od soboty, cała reszta ludzi, którzy mogliby, ale niekoniecznie, raczej robili coś ciekawszego niż siedzenie przy telefonie w niedzielne popołudnie. Dobijała juz 19.20, czyli pora na autobus do domu. I właśnie wtedy oddzwoniła ciotka, i umówili się, że przyjedzie po nich (auto i rodziców) mój chrzestny. Ja odjechałam w siną dal znów pksem z pęcherzem gdzieś w okolicach oczu. Uwolnienie go było doprawdy cudem i czynnością długotrwałą. Ale to inna bajka, mniej ciekawa ;) Po godzinie dotarli z cieniaczkiem i kuzynem gratis, którego nie widziałam od dawna - nawet ma prawo jazdy już! pełnoletni jest! jak to możliwe?! Ale wracając do sielskiej opowieści:

Czas w Jadachach mijał trybem względnie spokojnym i mdłym chwilami. Pielęgnowałam przyjaźnie i więzy rodzinne, w związku z czym, dnia drugiego wybrałam się z siostrą do naszej cioteczki i jej córek i dzieci tychże córek. Jako, że mieszkają one w dziurze bardzo niedostępnej, czekała nas wyprawa iście hobbicka. Ówspółcześniona, ale dosyć tolkienowska. Wyruszyłyśmy autostopem, co szło dosyć szybko i zgrabnie. Zatrzymał się nam względnie błyskotliwy samochód z kierowcą, który wolał opływać w sosie potliwym, niż włączyć klimatyzację, którą zdecydowanie posiadał. Ale dobrze, to jego wybór ;) Wysadził nas w pół drogi, gdyż musiałyśmy odbić w inną ulicę. Wysiadając trzasnęłam jak to zawsze ja drzwiami i wtem usłyszałam dziwny wrzask. Odwracam się, a tu palec mojej siostry został przytrzaśnięty przez te właśnie drzwi. Rzuciłam się ją ratować. No bo litości, jak można zamykać przednie drzwi w sposób taki, że tylnie jej przycinają palec?!?!?! bez wątpienia ona też powinna zacząć opisywać swoje perypetie, z pewnością pobiłaby mnie na niewiemco. Godzinę później dowiemy się, że Aga zostawiła garnek na ogniu i omal nie spaliła domu. Ale wcześniej wędrowałyśmy dzielnie w upale do cioteczki i jechałyśmy jeszcze dwoma autami. Przypominam, były upały blisko 40stopniowe. Asfalt topił się nam pod stopami, siostrze puchła ręka, a ja grzęzłam w wyrzutach sumienia. Sama wizyta była niezwykle sympatyczna i pozytywna. Siostra topiła palec jak Titanica, w kubku z zimną wodą, zdążyła nawet dzieci pobawić. I obyło się bez ofiar śmiertelnych, co jest wykwintnym sukcesem.
Następnego dnia przyszło mi wracać w piękne krakowskie strony, gdyż zatęsknił za mną i moimi płucami smog. No i praca, wiadomo. Moja limuzyna wyruszała o 8.40 z dworca PKS w Tarnobrzegu. Magiczne 10km z Jadachów stanowiły dla mnie niewiadomą, gdyż cieniaczek nadal kwilił i odpalić nie chciał. Starszy brat wyraził swoją troskę stwierdzeniem, że zawiezie mnie przed pracą o 7 i będę sobie czekać. Na marudzenie, że z tyloma tobołami się nawet wysikać nie pójdę stwierdził: to zawiozę Ciebie i Agnieszkę. Trwał w tym uparcie - bo skoro siostra potrafi spalić garnek, to auto też jej ulegnie. Fajnie, co nie? Dobra, skapitulowałam po jakichś godzinach marudzenia i pogodziłam się z tym, że ruszę okazją. Tak też się stało. Siostra pomogła mi nieć torby do miejsca, gdzie się łapie potocznego autostopa. Szybko coś mi się zatrzymało i ucieszona, że zdążę wsiadłam do auta.
Nie, to nie był zboczeniec.
Bardzo sympatycznie nam się rozmawiało do momentu, kiedy na 2 km przed miastem okazało się, że jest oberwanie chmury. A ja nie mam parasola. Musiałam mieć naprawdę przerażoną minę, gdyż facet zaczął ze mnie żartować, że będę miss mokrego podkoszulka. Z premedytacją wysadził mnie na skrzyżowaniu tuż obok Dworca PKS. Raptem 150 m. 150 metrów ulewnego deszczu, do tego czerwone światło na przejściu. Zrezygnowana człapałam już w tym deszczu i miałam ochotę wrócić się do domu i wziąć urlop na żądanie. Ale nie! to nie byłoby w stylu pracoholika Bzorra. Wobec czego wpadłam do pekaesowego kibelka, gdzie dla odmiany rządził dziadek klozetowy (nie obyło się bez żartów) i tam w trybie natychmiastowym przebrałam się i rozczesałam włosy (woda z nich kapała jak po wyjściu spod prysznica). Żarty leciały nadal. Niezłomnie wpakowałam mokre rzeczy do reklamówki, wrzuciłam do torby i poszłam oczekiwać na limuzynę. Niestety, szału nie było. Rozklekotany autobusik miał dziwny wentylator zamiast klimy. Owy wentylator napędzał pewien silniczek, który wytwarzał ciepło w pobliżu jego obecności. Oczywiście ja usiadłam przy tym silniczku... i w ten sposób całą drogę czułam magiczne ciepło. Jako, że autobus miał zepsute bagażniki, nie tylko ja to czułam. Jedzonko od mamity śpiące sobie spokojnie w torbie również. Nie pamiętam kiedy ostatnio się tyle w myślach ozłościłam. No cała ja. Jedyne co mnie zdziwiło, to fakt, że gdy wysiadłam na RDA w Krakowie, to miałam nadal mokre majtki - nie, nie zsikałam się. Deszcz mnie tak zlał w TBG, że wsiadłam jeszcze niezupełnie sucha. Za drogą nie wyschłam, gdyż było tak gorąco, że zaczęłam się topić. Tak mniemam.
Nienawidzę PKSów. Nienawidzę upałów. Nienawidzę ludzkich zapachów w lipcu. Brr, kończę te przykre tematy. Przejdźmy do czegoś przyjemniejszego - 13.08 jadę do domu na 2 tygodnie urlopu. Dodam, że piątek wypada 13ego... czekajcie na wpis. Coś czuję, że będzie ciekawie.
Z tego miejsca Luna mówi: miaaaaauuuuuuuu i skacze przed monitorem. Może ktoś chce kota?

czwartek, 15 lipca 2010

Bzorro i Pitur kontra kret, czyli jak popełnić błąd w bezbłędnych sytuacjach.

W życiu każdego człowieka zdarzają się chwile pełne emocji, mrożące krew w żyłach i otwierające nasze usta na szerokość (zależną od szczęki) kilku cm, czy też mm. Opad kopary, przyjmijmy takową kolokwialną nazwę, przytrafia się częściej, niż możemy sobie to wyobrazić. Pająk nad łóżkiem, śmietnik pod oknem, zdechły szczur pływający w toalecie (ja nie wiem, ale komuś na pewno się zdarzyło), gąsienice w zupce chińskiej, czy też wreszcie utrapienie biednych - zatkany odpływ w wannie. Żarówka nad głową i dzwoneczek podpowiada wtedy: "czas na kreeeta!". Kret, zwierzę gospodarcze, proste w obsłudze. Tak się przynajmniej wydaje. Gorzej, kiedy biorą się za wykonanie tej czynności osoby nieco nadpobudliwe i lubiące przesadzać. Tak, oto my. Ja i moja współlokatorka. Chaos i patos zmieszany z salwami śmiechu. Nasze domostwo obfituje w wiele drobnych wad i awarii. Od jakiegoś czasu woda irytująco wolno spływała w wannie, więc chcąc zażegnać ów problem postanowiłyśmy kupić nowe zwierzątko. Kreta! Na początek przybrał formę oswajania z nowym środowiskiem - po powrocie z Zakopca (naszym, nie kreta przecie) nadal zajmował swoje wcześniejsze miejsce, a żaden z lokatorów (a na placu boju pozostał jeden) nie zainteresował się nowym domownikiem. No to dobra, skoro tak, to my się za to weźmiemy! Pitur od razu wstawiła pranie, po czym złapała za kreta, nasypała go trochę w odpływ, po czym zakręciwszy stwierdziła, że co tam - doda jeszcze trochę. Jak pomyślała, tak też zrobiła. Wlała czajnik wrzątku i sprawę pozostała w toku. W międzyczasie obejrzałyśmy zdjęcia, ganiałyśmy obcego nam kota po NASZYM mieszkaniu, który jeszcze na nas fukał (ach ta Luna, jej faceci chyba za nami nie przepadają) i poskładałyśmy pranie. Rutyna, codzienność i takie tam. Nie spodziewałyśmy się, że tok nie będzie tokiem powszednim, wręcz przeciwnie. Kiedy wkroczyłam do łazienki z dywanikami, coś postanowiło ową rutynę złamać...spojrzałam mimowolnie do wanny, a tam...woda. Pomyślałam sobie, no okey. Woda. Trybiki w mojej głowie nie działały zbyt sprawnie, coś dzwoniło, ale jeszcze nie wiedziałam, jaki to kościół. Po chwili nagle mnie olśniło: do jasnej anielki, woda nie spływa! Pełna paniki wpadłam do kuchni i tonem śmiertelnej powagi (ponoć ze swoją idiotyczną miną) powiedziałam: Sylwia, woda stoi w wannie. Pitur wpadła dzielnie do łazienki, złapała za prysznic i zaczęła spłukiwać wannę. Jak można było się spodziewać, wiele się nie zmieniło! ach tak, przybyło wody, bo przecież odpływ, heloł!!! zatkany jakąś dziwną białą konsystencją. W szufladzie z tzw pierdołami znalazłam pałeczki do chińskiego żarcia i nim postanowiłam udrożnić przepływ. Nie spodziewałam się jednak, że to coś będzie twarde jak kamień! Aaaaa!!!! co teraz, gad demmet!
- Co teraz? co zrobimy?! - spytała pełnym przejęcia głosem Pitur
-Wygoogluj to..-odpowiedziałam, gdyż była to jedyna czynna o tej porze, w sobotę, krynica wiedzy. Ja zajęłam się wylewaniem wody z wanny. Jak ta idiotka wylewałam wodę szklanką, ponieważ bałam się, że żrący kret sobie w niej pływa i mi palce poodgryza, więc zajęło mi to trochę. Na szczęście tak się skupiłam na tym, że nie wpadłam w panikę i nie do końca przyjęłam do wiadomości to, co mi podpowiedział Pitur! że można to rozpuścić jedynie kwasem solnym...dobra, a mamy taki?! Pitur na to: "zrobi się!". Po kolejnych kilku szklankach wody wpadła i powiedziała: "...ale to może wybuchnąć". No ładnie, wysadzimy łazienkę i przy okazji siebie. Czemu nam się to zdarza!? Dopadłam kompa i znalazłam forum, które wyklinam do dziś: jedynym wyjściem jest mechaniczne usunięcie rury na odcinku zastygłego kreta. Przyczyna: za duża ilość kreta. Zwierzę przeklęte! nigdy więcej w naszych murach! W rozpaczy zadzwoniłam do hydraulika, pierwszego, który objawił się w sobotnim wybawieniu. Odebrała pani przyjmująca zgłoszenia. Po odgłosie oddającym zdziwienie i zmartwienie zarazem, powiedziała, że przychodzi jej parę pomysłów do głowy, ale niektóre mogą być dla nas niebezpieczne...kazała wlewać nadal wrzątek i czekać. No to dobra, wizja wymiany rur zagoniła nas do czajnika. Jako, że po zetknięciu z wrzątkiem kamień miał pryskać w oczy, nakazałam Piturze, bo ona się zaofiarowała i poświęciła, wziąć sobie przykrywkę szklaną i zasłonić oczy. Z tym orężem, niczym z tarczą wkroczyła do łazienki. Poszło chyba z 6 czajników wrzątku. Ale sukces! udało się! Bez wątpienia mamy teraz najlepiej udrożnione rury, tylko jakim kosztem. Tyle nerwów, co Wisły! No i czemu zawsze my, tyle ludzi jest na świecie, a takie sytuacje muszą zdarzać się nam!? mi?! Bunt maszyn, proszę państwa. Rozkładam łopatki i czekam na kolejną abstrakcję bzorra. Do przeczytania, z pewnością - wkrótce.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Bzorro Praskie

Wiecie co...byłam w Pradze. I co ciekawsze - nic się nie stało! przeżyłam, cało, zdrowo, bez większych siniaków, nie zgubiłam się ni razu (za to chłopaki nadrobili na autostradzie, jak im się pomyliły zjazdy i wyjazd z ronda), nie dostałam żadnym knedlem po głowie, nie okradli mnie, bawiłam się świetnie. Darowałam sobie jednak zapoznawanie czeskiego, bo gdy drugiego dnia zamówiłam z Macu lodową kawę, to dostałam dwie late...jupi, nie ma to jak czeski szpan ;)
W każdym bądź razie będę pisać do Boga petycję, aby zamienił mnie w jakiś pomnik na Hradczanach i żebym już na zawsze mogła patrzeć na ten piękny widok, jaki się stamtąd roztacza:) tak, jestem in love. Obuch w łeb, bakcyl złapany. Chcę tam kiedy wrócić i podróżować, podróżować i jeszcze raz - podróżować.